Bez ludzi
...Rzuciłem dzienniki ze wstrętem. Zatruty mi kawę poranną. Coż to za czasy!
Katastrofa w Santander — pięćset skrzyń przemycanego dynamitu eksploduje — okręt leci na trzysta metrów w górę — port się wali, pociąg kolejowy roztrzaskuje się w kawały, okropne szczątki ciał ludzkich zasypują miasto...
Albo te bomby anarchistyczne w Barcelonie, rzucone między najspokojniejszych widzów teatralnych, lub na. rynku Marsylii...
Albo ów szewczyk paryski, Leauthier, który topi nóż w piersi nieznanego sobie człowieka, dlatego tylko, że lepiej od niego ubrany. Ani nędza, ani głód, ani zemsla nie wciskają mu w rękę morderczej broni. "Dlaczegoś to zrobił'? — pytają młodego mordercę. "Dlatego, żeby wykazać, że społeczeństwo jesł źle urządzone. Byłbym i pana zabił, choć wyglądasz na dobrego człowieka. Spełeczeństwo nie daje mi dosć pracy, nie mam dosć praw — więc biorę sobie prawo mordowania".
I żyo Im w takich stosunkach miedzy ludźmi, patrzeć się na wściekłe szarpania, godne wilków — nie! stokroć lepiej bez ludzi — bez ludzi...
Zgorzkniało mi w ustach, przed oczyma zaczęła się przesuwać jaka- rumiana mgła krwi i mordów — przerzuciłem więc strzelbę przez ramię, i od tych dzienników, od tej cywilizacyi, od tych ludzi, stokroć gorszych od wilków, uciekłem do lasu.
Cóż tu za cisza! Jakaż błogość — bez ludzi...
Śnieg sypał bez ustanku przez całą dobę. Spadał z chmur cicho, powoli, jak najdelikatniejszy puch edredoński. Uścielił się na wszystkiem miękka, puszystą powłoką, przykrył wszystko co ciemne i brzydkie, stłumił wszelki odgłos życia, zasiał ciszę, ciszę i ciszę. Okrywszy wysoko gałęzie drzew, pochylił je i obezwładnił, kołysze się na Zdźbłach suchej trawy, ustroił ziemię niepokalaną białością jak daleko okiem zasiągniesz, zdaje się jak gdyby uśpił wszystkie cole i boreaszo i pokonał życie i ruch ziemi, przeradzający się w brud i zbrodnie...
Nareszcze na tej białej, puszystej, niewinnej osłonie ziemi, ujrzałem się sani jeden, bez ludzi i ich nikcz.einiiości.
Z poza mgieł, które się kn górze, unosiły,
przedzierało się leniwo słońce poranne. Brzozy, stojące na czatach głębokiej kniei, oblane pólświatłem fioletowem. gubiły w niem swe kontury, rozpływając się w mgle jak jakieś nadziemskie Goplany. Zabłąkana wśród nieb dzika grusza, brutalna w swej Budowie, a ciemna w kolorycie. odgrywała w tym obrazie role Grabca, który ściąga fantazyę na padoł realizmu. Głębia kniei wyglądała jak zapadające się sklepienia świątyń, dawnych wierzeń dawnych ideałów, w których już tylko anioł grobów krąży...
I wszędzie cisza . cisza i cisza — bez ludzi, bez namiętności, bez zbrodni...